DISCE PUER RADIOLOGIAE EGO FACIAM TE MOCIUM PANIE...
 

Andrzej Marciński

Można by rzec: „Zdarzyło się to dawno, dawno temu, bo aż w listopadzie 1983 r.”. Między Wisłą i Odrą rozluźniono już nieco cenzurę, „rozmowy kontrolowane” i inne atrybuty tego okresu, ale ciągle trwał czas stanu wojennego. O dziwo, z niewiadomego powodu nie tylko zezwolono mi wyjechać na rok do Paryża, po naukę ultrasonografii, ale mogłem zabrać ze sobą również Piotra, średniego syna, podówczas 14-letniego ucznia I klasy liceum. Pewnego wieczoru, już w Paryżu, siedzieliśmy przy kolacji, w naszym mieszkaniu przy rue de Lille i Piotr nagle powiedział tak: „Czy wiesz tato, że dziś w czasie klasówki zauważyłem, że nikt z moich francuskich kolegów nie ściągał. Nikt a nikt! W pewnej chwili zapytałem nawet o coś mojego sąsiada, ale on po prostu pokazał mi plecy! W tej szkole wszyscy piszą tylko to, co wiedzą!"

I to było moje pierwsze spotkanie z normalnym i właściwym podejściem do tego, co się dzieje w szkole - i to wszystko jedno jakiej: podstawowej czy wyższej. Powiedzą państwo, że przecież ściąganie w szkole jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Oczywiście pod warunkiem, że nie zostaliśmy przyłapani przez nauczyciela! Ale to tylko część prawdy. Bo potem wędruje się przez studia, meandrując między kolokwiami i egzaminami, ot, aby zdać, aby zaliczyć. „Państwowa ocena" nie daje jednak wcale gwarancji, że rośnie oto lekarz, którego opiece będzie można z czystym sumieniem powierzyć chorego. Na przykład kogoś z naszych bliskich.Nauczanie leży głęboko w mojej naturze. Gdybym nie był tym, kim jestem, pewnie zostałbym nauczycielem. Od bardzo wielu lat uczestniczę w rozmaitych egzaminach, przy czym jak cierń siedzi we mnie coś, o czym po raz pierwszy chcę wypowiedzieć się publicznie. Chodzi o właściwe podejście do uczenia się i sprawdzania nabytych wiadomości. Rzecz dotyczyć więc będzie zarówno uczących się, jak i nauczających.

I znów dygresja. Jochen Trager, mój przyjaciel z Heidelbergu, radiolog, profesor i dziekan tamtejszego uniwersytetu zagadnął mnie kiedyś tak: „Słuchaj no, powiedz mi, jaki jest odsetek osób nie zaliczających egzaminu specjalizacyjnego z radiologii przy tzw. pierwszym podejściu? Bo tak się jakoś dziwnie składa, że w Rosji i w wielu krajach dawnego bloku sowieckiego problem ten w ogóle nie istnieje. Egzamin zalicza 100% zdających!” Zabrzmi to może nieco okrutnie, ale miara jakości egzaminu i poziomu nauczania przedmiotu jest przecież między innymi także i wielkość odsetka tych, którzy nie zdali. Nawet ja, pisząc teraz te słowa chciałem napisać - tych, którym się nie powiodło!

No więc jak to jest? Dlaczego mówiąc o przyczynach wysokiego poziomu radiologii w wielu krajach Europy Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych wymieniamy na pierwszym miejscu powszechną dostępność najnowocześniejszej aparatury, nie chcąc jakby pamiętać, że uzyskanie specjalizacji z radiologii nie jest tam wcale sprawą prostą i łatwą? Dlaczego z troską, ale i ze zrozumieniem kiwamy głowami słysząc, że egzamin specjalizacyjny zalicza niekiedy tylko 50% zdających, zaś w odniesieniu do naszego podwórka skłonni bylibyśmy uznać za rzecz normalną to, że zalicza go bez mała 100% zdających? Dlaczego zamiast relacji „zdający-egzaminator" spotykamy się nierzadko ze stosunkiem „biedne dzieci - dobrzy wujkowie i troskliwe ciocie"? Dlaczego tzw. opiekunowie specjalizacji traktują niepowodzenie swoich wychowanków jako prawie życiową klęskę - tak jednych, jak i drugich, podczas gdy wskazywać to winno jedynie na konieczność lepszego przygotowania się do kolejnego egzaminu? Dlaczego niejednokrotnie w czasie egzaminu z takim trudem przychodzi powstrzymywać niektórych, szanownych członków komisji egzaminacyjnej przed niesieniem pomocy zdającym? Dlaczego bywa i tak, że przewodniczący komisji egzaminacyjnych pozwalają swoim utytułowanym kolegom, profesorom i docentom, na wędrówkę od zdającego do zdającego, co stwarza przecież sytuację niezbyt klarowną i jasną (a może właśnie zbyt klarowną dla niektórych zdających)?

Nie sądzę, aby z dnia na dzień zmieniły się zwyczaje, które panują w polskiej radiologii od co najmniej kilku dziesięcioleci. I proszę mi nie mówić, że w trosce o zdrowie psychiczne należy unikać „wyścigu szczurów'', bo przecież chodzi tu o coś zupełnie innego. Skoro bowiem mamy zajmować się czymś takim jak zdrowie i życie naszych pacjentów, to naprawdę tylko najlepsi winni być dopuszczani do uprawiania sztuki medycznej!